Delta Mekongu na własną rękę – jak zorganizować, co zobaczyć, gdzie pojechać.

wpis w: WIETNAM | 0

Delta Mekongu na własną rękę – jak zorganizować, co zobaczyć, gdzie pojechać

Kilka dni temu zorganizowaliśmy wyprawę do Delty Mekongu na własną rękę. Większość turystów w Delcie Meknogu w Wietnamie decyduje się na jedno- lub dwudniowe wycieczki z agencją. I później wracają niezadowoleni, bo nie tak wyobrażali sobie ten wyjazd. A przecież Deltę Mekongu bardzo łatwo jest zwiedzić na własną rękę! Opowiemy, jak to było u nas.

Delta Mekongu w Wietnamie czy warto

Wyjazd z Ho Chi Minh - Sajgon

Od kilku dni mieszkaliśmy na totalnych peryferiach Sajgonu i uznaliśmy, że nadszedł czas coś wreszcie zobaczyć. Nie było nam tam źle, zaprzyjaźniliśmy się z dziewczyną w kawiarni, w której codziennie zamawialiśmy mrożoną kawę z mlekiem, poznaliśmy rodzinę prowadzącą restaurację, w której jadaliśmy obiady i kilku pracowników piekarni niedaleko naszego hostelu. Nie mieliśmy większego wyboru, jeśli chodzi o restauracje ani nie widzieliśmy w tym czasie żadnych atrakcji turystycznych. Jednak widząc, jak wszyscy oni machali do nas na pożegnanie, gdy spacerowaliśmy z plecakami na przystanek autobusowy, uznaliśmy, że jednak było warto pomieszkać tam przez chwilę.

Podróż autobusem w Delcie Mekongu

Delta Mekongu na własną rękę – pierwszy przystanek: Can Tho

Na dworcu w Cho Chi Minh kupiliśmy bilety do Can Tho, naszego pierwszego przystanku w Delcie Mekongu. Poszło łatwo, zapłaciliśmy kwotę wypisaną przy okienku, dostaliśmy bilety na autobus, który miał odjeżdżać za 5 minut.
- Tutaj macie numer autobusu, do którego powinniście wsiąść. – wytłumaczył nam sympatyczny pan w okienku. Na przystanku, z którego odjeżdżał autobus, poinformowano nas, żebyśmy chwilę zaczekali. Po kilkunastu minutach z lekkim niepokojem zapytaliśmy innego pracownika o nasz autobus.
- Macie bilet na 11 a tutaj dopiero 11:20, jeszcze nie ma autobusu! Czekajcie.
No cóż, czekaliśmy tak ponad pół godziny, aż w końcu rozklekotany autobus podjechał i zabrał nas w dalszą podróż.

Twarz Delty MekonguSprzedawczyni w Delcie Mekongu.
W Can Tho zatrzymaliśmy się w tanim i dość przyjemnym hostelu. Na następny dzień zarezerwowaliśmy pływanie łódką. Szukaliśmy łódki bezpośrednio w porcie, rozmawiając z właścicielami, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyjazd zorganizowany przez nasz hostel. W tym przypadku mogliśmy dzielić niewielką łódkę z dwiema innymi osobami i wychodziło taniej.
Następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, dryfowaliśmy nasza małą łódką po rzece.

Can Tho Floting MarketPo drodze do Floating Market zahaczyliśmy o pływającą stację benzynową oraz „kawiarnię”, czyli łódkę, z której sprzedawano kawę.

Sprzedawcy w Delcie MekonguPrzepłynęliśmy kilka razy pomiędzy łodziami, na których oferowano różne produkty, przede wszystkim owoce i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Pływający Market w Wietnamie

 

Sprzedawczyni w Delcie Mekongu Can Tho

 

Sprzedawca Delta Megkongu
Po drodze nie zabrakło atrakcji typowo turystycznej, czyli zwiedzania fabryki makaronu ryżowego. Przespacerowaliśmy się wzdłuż ogrodu, przeszliśmy małym mostkiem na drugą stronę bajorka, przekręciliśmy placki ryżowe, pstryknęliśmy kilka zdjęć i to na tyle.

Produkcja makaronu ryżowego
Kolejna atrakcja była dużo ciekawsza, aczkolwiek dość kontrowersyjna. Nasz pan Driver zawiózł nas na farmę węży. Było mi ciężko się przełamać, ale w końcu weszłam do środka ciemnej, dużej szopy. Alvaro za to uradowany.
- Słyszysz, jak syczą! Jak głośno! To chyba na nas!

Skóra węża Can Tho
W ciemnej, starej szopie, stały w rzędzie klatki a w nich ogromne węże. Wąskie przejścia pomiędzy rzędami klatek pozwalały przejść tylko jednej osobie na raz. Nasze towarzyszki nie chciały wejść do środka, nasz Driver też szybko wyszedł. Przed szopą mężczyzna bez butów ugniatał ogromne ciało zabitego węża, obok niego chłopiec przybijał skóry do desek, na blaszanych kratkach suszyło się mięso. Ta farma nie mogła być legalna.

Skóra węża
Dalsza część podróży to spacer brzegiem rzeki, wśród upraw mango oraz małych chatek właścicieli. Przechadzka ogrodem, w którym nasz Driver znalazł smacznie wyglądający okaz dziwnego owocu i podzielił się z nami swoim odkryciem. Odpoczynek w ogrodzie, wśród egzotycznej roślinności. Naszemu Driverowi było tam tak dobrze, że zasnął w hamaku. Nam też, więc przez dłuższy czas delektowaliśmy się momentem i wcale nie zamierzaliśmy go budzić.

Delta Mekongu w Wietnamie
Powrót kanałami do Can Tho był bardzo przyjemny. Zwłaszcza kiedy Driver wyłączał motor łodzi, otaczał nas spokój i kompletna cisza. Jedynie ostatnia część wycieczki nieco nas zmęczyła. Wiał dość silny wiatr, przez co na rzece pojawiły się fale i mocno bujało naszą łódką. Co więcej, w pewnym momencie na środku rzeki złamał się motorek napędzający łódkę. Nasz Driver szybko poradził sobie z problemem, a połamane części wyrzucił oczywiście do rzeki! Dla nas było to zadziwiające, jak mało tutejsi ludzie dbają o swoje główne źródło utrzymania – rzekę. Była brudna, bardzo, bardzo brudna i mieliśmy wrażenie, że jedynymi osobami, które zauważały ten problemy, byliśmy my, obcy.

Can Tho Delta Mekongu
Can Tho to bardzo przyjemne miasteczko. Tak nam się spodobało, że zostaliśmy tam jeden dzień dłużej, aby pospacerować jego uliczkami oraz po prostu pobyć tam jeszcze przez chwilę.

Wschód Słońca w Delcie Mekongu

Delta Mekongu na własną rękę – kolejny przystanek: Vinh Long i Ann Binh

Z Can Tho do Vinh Long dostaliśmy się autobusem. Stamtąd, tylko kilka minut dzieliło nas od rzeki i promu, którym przedostaliśmy się na druga stronę do Ann Binh.
W Ann Binh szukaliśmy prawdziwego Homestay, czyli domu, w którym rodzina przyjmuje turystów. Już przy promie dużo ludzi zaczepiało nas z pytaniami, czy nie chcielibyśmy zamieszkać u nich. Uznaliśmy, że pomimo wszystko będziemy odmawiali i poszukamy czegoś sami na miejscu. Cóż za błędna decyzja! Chodziliśmy po małej wiosce z ciężkimi plecakami, często domy były oddalone od siebie o kilkanaście metrów, a pomiędzy nimi jedynie pola uprawne. Nikt nie rozumiał, o co nam chodziło. Nie widzieliśmy też żadnych tabliczek z ofertami noclegowymi, a próby pytania miejscowych o nocleg okazały się zupełnie nieudane. Po kilku godzinach, wykończeni i głodni, znaleźliśmy miejsce do spania. Nie było tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Homestay, który znaleźliśmy na własną rękę, nie miał nic wspólnego z prawdziwym homestayem. To był po prostu zwykły, mocno podniszczony i brudny hostel. Byliśmy jednak za bardzo zmęczeni, żeby szukać dalej.

Ann Bihn Homestay
W nocy, około 4 nad ranem, za oknem było jeszcze ciemno, a już koguty z całej wsi piały jak oszalałe. Było nawet takich dwóch, zaraz pod naszym oknem. Poratowaliśmy się zatyczkami do uszu, nieco zagłuszały dźwięki, chociaż długo nie mogliśmy spać. Takie to uroki prawdziwej, wietnamskiej wsi.

Wieś Ann Binh
Całą wioskę i okolice An Binh zjeździliśmy rowerami wzdłuż i wszerz. Byliśmy zauroczeni spokojem okolicy i możliwością obserwowania codziennego życia mieszkańców. Tutaj życie wygląda zupełnie inaczej niż w naszej zimnej Polsce, gdzie dom jest zamkniętym budynkiem, do którego mogą zajrzeć jedynie rodzina oraz znajomi. Tutaj drzwi, jeśli już są, to zawsze otwarte. Buduje się całe przestrzenie, zadaszone i bez ścian, gdzie mieszkańcy przebywają większość czasu. Spacerując pomiędzy domami można więc z łatwością zobaczyć osoby oglądające telewizję, ucinające sobie drzemkę, robiące obiad czy śpiewające karaoke!

Sprzedawca My Tho Delta

Delta Mekongu na własną rękę - Sa Dec — tyle kwiatów w jednym miejscu jeszcze nie widzieliśmy

Sa Dek Wioska z KwiatamiZ An Binh udaliśmy się na północ do Sa Dec. Miasteczko Sa Dec kojarzy się przede wszystkim z tzw. Flower Willage, czyli wioską pełną kwiatów. I tak to wygląda. Idziesz drogą, a wokoło ogrody pełne najróżniejszej roślinności.

Flower Village Sa DecZa kilka dni miał być TET, czyli Nowy Rok Księżycowy. Podobno w tym okresie wioska Sa Dec jest najbardziej imponująca, zresztą zobaczcie sami, jak to wyglądało na zdjęciach.

Sa Dec Wioska Kwaity
Z Sa Dec chcieliśmy dostać się do My Tho. Nie było żadnego transportu. Ostatecznie udało nam się przekonać kierowcę autobusu do Sajgonu, żeby zabrał nas ze sobą i wyrzucił gdzieś po drodze. Udało się! Kierowca zostawił nas kilka kilometrów od My Tho, przy małej przydrożnej restauracji. Tam znalazł dla nas właściciela jedynego, stojącego przy drodze samochodu, którym dojechaliśmy do miasta. Kierowca samochodu całą drogę trąbił. Całą! Tutaj kierowcy bardzo lubią używać klaksonu, ale bez przesady.

Sa Dec Delta Mekongu

Ostatni przystanek - My Tho

Świątynia w My Tho Delta MekonguZ My Tho można zorganizować łódkę do kolejnego „Floating Market”, jednak my uznaliśmy, że byłaby to powtórka z Can Tho i zrezygnowaliśmy z wycieczki. Warto tutaj zwiedzić świątynię Vinh Trang oraz wybrać się w malownicze okolice Ben Tre.

Delta Mekongu My Tho

 

My Tho Delta Mekongu

Delta Mekongu na własną rękę – czy było warto?

Po 5 dniach wróciliśmy do Ho Chi Minh. Delta Mekongu zachwyciła nas swoim bogactwem roślinności, przepięknymi kwiatami oraz możliwością przebywania w kontakcie z naturą. Na każdym kroku były drzewa, kwiaty, pola uprawne, a w drugim plenie rzeka. To, co nos urzekło najbardziej to ludzie. Pomijając pracowników transportu publicznego, taksówkarzy i pojedyncze przypadki właścicieli hotelów (czyli tych, którzy obracają się wokół przemysłu turystycznego) ludzie byli bardzo życzliwi. Sami nas zagadywali, pytali, skąd jesteśmy. Uśmiechali się i machali na powitanie.

Delta Mekongu Sa Dec
Naszym zdaniem zdecydowanie warto było wybrać się do Delty Mekongu na własną rękę. Sami decydowaliśmy o tym, gdzie chcieliśmy jechać, kiedy i na jak długo. Mogliśmy spacerować szlakami mniej turystycznymi, gdzie życie płynie swoim spokojnym, naturalnym rytmem. Zobaczyliśmy Deltę Mekongu taką, jaka jest, bez turystycznej otoczki. I o to przede wszystkim nam chodziło.

Aby w przyszłości nie przegapić naszych nowych wpisów, zapisz się na naszą listę mailingową . Wyślemy Ci wiadomość za każdym razem kiedy opublikujemy nowy post. Wystrczy, że podasz nam swój adres e-mail tutaj:


Zostaw Komentarz